Warning: fopen(../../../themes.bin): failed to open stream: No such file or directory in /www/spisz_www/www/site.inc on line 85

Warning: fseek() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /www/spisz_www/www/site.inc on line 85
Tatry, Spisz i Podhale - <br /> <b>Warning</b>: fread() expects parameter 1 to be resource, boolean given in <b>/www/spisz_www/www/site.inc</b> on line <b>87</b><br />
Tatry, Spisz i Podhaleserwis wspiera:
zakład instalacji
grzewczych "U Kazka"
----------------------
 archiwum halnego i rumcajsa mapa serwisu ( 1071548 )   last update: long ago ;)

Warning: fseek() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /www/spisz_www/www/site.inc on line 116
 Turystyka, noclegi / Aktualności / Wspinaczka / Region / Tatry / Galeria 
----------------------

Warning: fread() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /www/spisz_www/www/site.inc on line 115

Warning: fread() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /www/spisz_www/www/site.inc on line 116

Warning: fclose() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /www/spisz_www/www/site.inc on line 118

Jan Pluciński

Dzieciństwo Spiszaka

Urodziłem się w tych czasach, kiedy to różne zabiegi guślarskie towarzyszyły istocie ludzkiej. Rodzącej nie wolno było wychodzić spoza płachty. Po urodzeniu dziecka przybijano do trzech naroży łóżka trzy grabiska podchodzące het aż pod powałę, na te grabiska przymocowywano płachty - prześcieradła, które chronić miały matkę i jej nowo narodzone przed boginkami. Boginki to były istoty, które mieszkały powyżej wsi w trzęsawiskach, robiły różne przykrości ludziom, przede wszystkim porywały nie pilnowane niemowlęta, a podrzucały swoje. Wierzono święcie, że kiedy raz ludzie takie dziecko poznali, kładziono je na kupę gnoju i dotąd bito, dopóki boginka nie zwróciła matce dziecka. Po wywodzie w kościele matki zrzucały płachty i wsadzały dzieci do kołyski. Kołyskę mieliśmy na biegunach, a nie na powrozach. Matka owijała mnie w pieluszki, nogi wyprostowywała, a rączki przykładała do boków i tak potem od nóg aż po szyję owijała długim powijakiem. A choćbym jak chciał ruszyć rączką lub nóżką, nie mogłem, bo byłem silnie pościskany. Do zdrowotnych zabiegów należało codzienne kąpanie, gimnastyka oraz smarowanie świeżutkim masełkiem. Przy gimnastyce ściągała kolanko prawej nóżki z łokciem lewej rączki, tak że musiały się dotknąć. A robiła to z wielką tkliwością i delikatnością. A gdy była robota w polu, wtedy zabierała mnie z sobą, i kulicki, na których przymocowywała grostuch, do grostucha mnie wkładała, tam mnie karmiła, tam też zasypiałem, tam też płakałem z różnych powodów. Na kulicki narzucała płachtę, aby mnie wiatr i zimno nie zawiały. Tych wszystkich czynności ze mną nie zapamiętałem, ale jak już byłem starszy, zapamiętałem to, co działo się z młodszą siostrą i młodszym bratem. Tak się rozwijałem, nauczyłem się chodzić, nauczyłem się i mówić. Ubranie moje to była długa koszulka bawełniana lub lniana. Żadnych tam majteczek, spodenek, rajtuzów, rajstop nie miałem.

Dom nasz był murowany, jedynie kumora była z drzewa dobudowana do muru. Składał się z sieni z wyjściem na izbę, izbecki, wielkiej izby i kumory, a nad kumorą była wyska. Przed sienią dobudowano jeszcze ganek, aby zimno z wiatrem nie pchało się do sieni a deszcz nie zasiekał. Dach był pokryty gontem. Jeden szczyt od wschodu był łamany. Ganek był obity deskami i położony od północy. Od północy było też wejście do sieni i okienko od izbecki, reszta muru jak i ściana drewniana była ślepa, tylko od ściany kumory był otwór na zsypywanie ziemniaków do dołku. Na ganku było porąbane i poukładane drzewo do palenia. Nad drzwiami do sieni było podłużne okienko, na które kładło się klucze od kłódki, gdy się dom zamykało. Kiedyś w sieni było prymitywne palenisko zbudowane z płaskich skoli, bez żadnego komina, talk że ogień wesoło buzował koło ściany, a dym uchodził na izbę przez wejście w powale. Powała była ułożona z desek na tragarzach, przy południowej ścianie sieni był skład różnych narzędzi i naczyń. Z sieni wchodziło się do izbecki. Izbecka jedno okienko miała w północnej ścianie, a drugie, większe, w południowej. Między ścianą od wielkiej izby a północną był wymurowany piec, a w samym kącie piekarnik. Przebijał on ścianę i wysuwał się do wielkiej izby. Tuż przed piekarnikiem była nolepa, a nad nią kumin, z komina przez kuminek na izbie rozchodził się dym po całym strychu. Na izbie też wieszano połcie słoniny, kiełbasy, sadła - tak do uwędzenia, jako też do przechowania. W dalszym ciągu przez dymniki dym wychodził na zewnątrz. Pod nolepą był jeszcze podpiecek - schronienie dla kur. Tuż koło nolepy był wymurowany jeszcze śparchet. Z paleniska pod blachami znowu gorąco przechodziło do wielkiej izby, do wysokiego ogrzewalnego pieca z półkami, służącego do ocieplania wielkiej izby. Z tego pieca dym przez rurę przechodził do kumina, łączył się z dymem z piekarnika. Aby zachować ciepło na dłużej, zatykano górną część komina dziadkiem. Dziadek nie wypuścił ciepła z piekarnika, dlatego też podczas pieczenia usuwano go gdzieś w kąt. Gdy się jednak nie piekło, to dziadka nie wyjmowano, bo otwór z pieca do ogrzewania wychodził przez dziadka. Gdy chciano utrzymać ciepło z pieca do ogrzewania, wtedy zasuwano szyber przy rurze, a kiedy palono to go odsuwano. Jeszcze w piecu do ogrzewania robiono zwykle framugę - wnękę, w której przechowywano potrawy już ugotowane, bo zwykle dla oszczędności palono rano. Rano gotowano też nie tylko śniadanie, lecz także i obiad, który należało utrzymać w cieple framugi. Zwykle bardzo długie miejsce w wielkiej izbie zajmowała obudowa pieca piekarnego, jak i pieca do ogrzewania. Piec do ogrzewania był jednak wysoki, a piec piekarny niski. Znajdowało się tam ciche, zaciszne miejsce dla dzieci i dla chorych. Między śparchetem a drzwiami do wielkiej izby stała stolicka z bardzo grubego drzewa. Na niej cała rodzina jadała z jednej miski. Na niej też cupiały dzieci, gdy im zimno było, bo ciepło od blach obejmowało siedzących na stolicy. Pod okienkiem i oknem były długie ławy - od ściany do ściany. Przy wschodniej zaś ścianie z jednej strony drzwi wisiała półka z naczyniami, a z drugiej pod powałą była umieszczona zyrdka do wieszania ubrań. Na środku powały sklepionej był hak do rozbioru świni.

Na ścianie znowu od północy - obrazy pod samą powałę, kiedyś był tu róm. Wielka izba miała dwa okna w ścianie południowej, a pod nimi znowu długą ławę. W kącie pomiędzy południową a zachodnią ścianą stał stół. Po drugiej zaś stronie dwie pościele, a pod jedną paściółka, dla dzieci. Na dzień wsuwało się ją pod łóżko, a na noc na izbę. Przy północnej ścianie znowu zyrdka na groty. Koło stołu stały stołki. W ścianie zachodniej wielkiej izby drzwi do komory. W komorze małe okienko w południowej ścianie, po ścianach różne półki wiszące, haki na ubrania i narzędzia, pełno też skrzyń i kufrów, schody na wyskę, pod okienkiem wejście do piwnicy, która ciągnęła się pod całą kumorą. Na powale kumory wyska. Tam przechowywano najdroższy sprzęt i najdroższe ubranie. Od południowej strony domu był ogródek kwiatowy, a na środku jego dołek. Z początku rosły tam kwiaty, z chwilą jednak rozwoju jesionów kwiaty poginęły, a cały ogródek zarósł krzakami malin. Wzdłuż wschodniej ściany domu, w odległości 2 m płynął sobie potócek, i dalej przez całe podwórze, aż pod mostek do drogi. Podwórze przedzielone było potóckiem na dwie części - wschodnią i zachodnią. Potok na całej długości przez podwórze zakryty był mostkiem. We wschodniej części budynku znajdowały się budynki gospodarcze, a więc: od drogi zwanej ulicą boisko, sopa, drewutnia i sópka. Na boisko wjeżdżały wozy, z których wyrzucało się na pójd - snopki zboża, siano, koniczynę i otawę. Sopa była dla koni i dla bydła. W drewutni znajdowało się drzewo, i w czasie niepogody tam się je rąbało. Stajnia nie miała żadnego okna, miała za to podwójne drzwi - drzwiérze i drzwiérka. Na dzień otwierało się drzwiérze, a na noc zamykało. Koło szopy, od zachodniej ściany, był jeszcze wybudowany chléwicek dla świń. W zachodniej części podwórza, za potóckiem, było gnojowisko i drugi, większy, chlewicek dla owiec. Za budynkami gospodarczymi, od wschodniej strony, był jeszcze ogród, ale tylko na trawę, na siano. W ogrodzie było mocydło. Wszystkie dachy w budynkach gospodarczych, drewnianych, były z gontów.

Kiedy już jako tako chodziłem na własnych nogach, Matka uczyła mnie przeżegnania i pacierza. Brała moją rączkę, przykładała ją w należyte miejsce i wymawiała: W miejca, a ja powtarzałem: W miejca, Syna, Ducha Świętego Amen. Z początku nie szło to dobrze, ale przeogromna miłość każdej matki czyniła cuda. Nauczyłem się żegnać, a za przeżegnaniem poszedł pacierz: Ojcy nas, ftory ześ w niebie, przidź królestwo tfoje (...) chleba nasego, pofsedniego daj nám dzisiok (...) jako i my odpuscómy nasym winuwatym (...) na pokusénie (...). I tak do pamięci wpojono mi Ojcze nasz, Zdrowaś, Wierzę w Boga.

Uczyła też i katechizmu:

Matka: Jónuś. Kieloz jest Bogók?

Jónuś: Jedén.

Matka: A ftoz cie stforzół?

Jónuś: Bóg Ociec.

Matka: A ftoz cie odkupiół?

Jónuś: Syn Bozy.

Matka: A ftoz cie oświeciół?

Jónuś: Duch świénty.

Matka: A mos piérworodny grzéch?

Jónuś: Ni móm.

Matka: A coś z nim zrobiół?

Jónuś: Straciółek go.

Matka: A dzieś go straciół?

Jónuś: Na krzcie świéntym.

I tak od języka dziecinnego, na nauczanych słowach modlitw codziennych jak: Dziesięcioro, Pięć przykazań, Sześć prawd wiary, Pod twoją obronę - śpiewu religijnego, Godzinek i wielu, wielu innych pieśni - powstawało w moim umyśle bogactwo słów, które używałem jeszcze przed nauką w szkole. Od samego rana, aż do wieczora uszy, oczy i wszystkie zmysły wchłaniały to, co mnie otaczało.

Ojciec był od Kasperka, pierwotnie nazywał się Pietras, a na miano miał Brzegórz (Grzegorz). Było tam dużo dzieci. Ojciec, jako mały chłopiec, poszedł na służbę. Służba dlań była wielkim nieszczęściem, ale i wybawieniem. Służył na Zorze (Zdziarze), też może u takich biednych, jak w domu u Kasperka. Opowiadał mi: jeść sie fciało okrutnie, cok dopod, tok jod. Jazek od tego jedzynia potem bez całe życie na brzuk choruwol. Bo to nie było masne, nie było nieraz dobrze uskwarzóne, i bóńdź co. Z tej biedy ruciły sie na mnie i wszy. Ani odziónka, ani w co sie obuć, a piniódze za służbe zabiérali du domu.

Kiedy ojciec stał się już dorosły, odbył służbę wojskową w Preszowie przy c.k. austriackiej piechocie, a po służbie wrócił do domu. Co miał robić, jak w domu nie było ani roboty, ani co jeść, ani żadnej pewnej przyszłości nie miał przed sobą. Poszedł z innymi jurgowianami do Peśtu na zarobek. Budapeszt był nie celem, lecz przez zarobek w Budapeszcie dostawano się do Hamaryki. Oszczędzano w Budapeszcie na każdym kroku, byle gdzie spano, aby tylko nie płacić, albo jak najmniej opłacać za nocleg. Nie jadano w restauracji, sami sobie pipcyli, jak tylko umieli. A gotowanej strawy bardzo mało jedli, dlatego też i szkodzili sobie w dalszym ciągu na zdrowiu. Po tak okropnym oszczędzaniu i uskładaniu funduszu wystarczającego na zakup schifkarty, udawali się do Nowego Targu, do mieszczan, którzy przeprowadzali emigrantów przez granicę pruską do Mysłowic, w Mysłowicach znowu brał ich inny agent i odwoził na okręt do Hamburga. Tam wsiadali na okręt i jechali do Ameryki. Zauważmy, że emigranci przechodzili przez trzy zabory. Bo pierwszy zabór to był węgierski, bo Spisz z Jurgowem należał do Węgier, drugi był austriacki, bo Galicja z Nowym Targiem należała do Austrii, a trzeci był pruski, bo Śląsk z Mysłowicami. Tak pod zaborem węgierskim, jako też pod zaborem austriackim w chwili ujawnienia przez władze, że biedny Spiszak idzie na zarobek do Ameryki, występowała żandarmeria, emigranta chwytano, zrewidowano, pieniądze wypłakane na służbach, Madziarach, Budapesztach konfiskowano na skarb państwa, a samego człowieka wtrącano na miesiące do więzienia. Nie starano się wtedy o paszporty. Paszport kosztował bardzo dużo, a jak kto chciał jechać na paszport, to musiał przejechać całe Węgry i część Austrii, dostawał się do Fiume, portu węgierskiego, lub do Tryjestu, portu austriackiego, a stamtąd okrętem przez Morze Śródziemne, następnie przez Atlantyk do Ameryki. Tak koszta, jako też długość jazdy przez morza były bardzo wielkie. W Prusach znów, gdy się emigrant dostał do pociągu, nie żądano żadnych zaświadczeń, jak tylko miał pieniądze i zapłacił za podróż koleją i okrętem - ale pruskim. Taką firmą przewozową była "Bremen". Niektórzy nie umieli ani pisać ani czytać, to im na plecach przymocowywali tekturę z wymienieniem stacji, gdzie jedzie, to konduktorzy niemieccy przekazywali sobie tych ponumerowanych. W Ameryce niejeden emigrant zapłakał i takie przysłowie zostało przekazane dla potomnych "W Hamaryce dobre zycie, jak nie robis, porazi cie". Aby jako tako żyć, jako tako zarobić, chwytali się emigranci najgorszej pracy, albo pracowali w wielkich rzeźniach, albo w kopalniach, albo w hutach. Niektórzy emigranci już swej wsi nie oglądali, bo albo ich porwał tryb, albo pas transmisyjny, albo ściana w kopalni się zawaliła i swym ciałem uświęcili kontynent odkryty przez Kolumba. A kiedy już zwrócili dług, jaki zaciągnęli na opłacanie kosztów podróży do Ameryki, kiedy zaoszczędzili na kupno pola lub wybudowanie domu, wracali z radością do ukochanych stron swoich, ale zdrowie już zostało za morzem, niejeden bez ręki, niejednego głowa osiwiała, przybywał do swoich, bo tu chciał jeszcze gazdować. Niektórzy byli już ożenieni, mieli dzieci, to chcieli pracować nad wychowaniem ich, a niejeden, jak mój Ojciec, to dopiero po Ameryce ożenił się.

Moja Matka pochodziła od Cułego, nazwisko jej rodowe - Chowaniec a imię Anna. Też u Cułego nie przelewało się. Babka po Matce wywodziła się od Skowyry, a Dziadek od Cułego. Gdzieś tam do szkoły chodziła, uczyła się, ale pisać nie umiała, umiała za to czytać. Dużo się nie nauczyła, pamiętała nauczyciela o nazwisku Dudaśko, był równocześnie organistą. Jak była w dobrym humorze, to nam recytowała: "Bez cukru kawa, bez rozumu hlava". Ale wszystkiego nie pamiętam. Nie nauczyła się wiele, bo pan ućitiel kazał jej w domu posprzątać, coś tam uwarzyć, tak jej schodziło przez ten czas, kiedy do szkoły szła, bo w jesieni do szkoły nie uczęszczano, tak samo i przez wiosnę, a choć szkoła była otwarta przez dziesięć miesięcy, to nauka trwała tylko przez zimę. Umiała się pięknie podpisać, wyraźnie i czytelnie, bez zakrętasów i wywijasów. Też służyła, ale nie tak daleko jak Ojciec, bo na Ryniasie (osiedle należące do wsi Brzegów). Aby majątek cułowski nie przeszedł w obce ręce, wydano ją za Kałafuta, gazdę z Czarnej Góry. Z tego małżeństwa było kilkoro dzieci, wszystko pomarło, została ino Marynka. Zmarł również i Kałafut. Z tego też czasu pochodzi nasz dom murowany. Praca była nadzwyczaj ciężka, cegłę sami wyrabiali w Wyśnim Borze, o czym świadczą głębokie doły po wybranej i spożytkowanej glinie. Matka z córką Marysią przetrzymała ten morderczy okres i jako wdowa wydała się powtórnie za mego Ojca, Brzegórza od Kasperka.

Siostra znowu przyrodnia, Marynka, wychowała się na zdrową i dzielną dziéwkę (pannę), wydała się za bardzo porządnego i mądrego parobka (kawalera), Jana Sołtysa, od Sołtysa (przydomek). Pewnie kiedyś przodkowie jego byli tymi historycznymi sołtysami, bo rola sołtysia była w najurodzajniejszych miejscach, najszersza i najpiękniejsza zagroda. Zabrała majątek rolny po swoim ojcu na Czarnej Górze, a Matka z Ojcem pozostała na roli cułowskiej i kasperkowskiej. Z tego drugiego małżeństwa było nas żyjących czworo: Weruna, Jónek (ja), Hanka i Jędrek.

Jako dziecko w wieku przedszkolnym - wszystko jedno chłopiec czy dziewczynka - chodziliśmy w długich, aż do kostek, bawełnianych lub lnianych koszulkach. Pamiętam, gdy pewnego razu Matka nie miała czasu, posłała mnie do sklepu, abym sobie kupił cukierków. Grajcorz włożyła do koszulki przy dolnym kraju, obwiązała nitką i tak mię wysłała. W Sklepie pokazywałem na grajcorz i wypowiadałem ciuciu. Sprzedający rozwinął nitkę, zabierał pieniądz, a dawał w papierze zawinięte cukierki. Świat przedszkolny, to dzieci spólników: Zośka, Hanka od Sielanki, Hanka od stryka. Z nimi bawiłem się, kłóciłem i rosłem. Do szkoły mnie przygotowano. Jak z każdym dzieckiem, tak i ze mną było. Gdy robiłem coś na przekór, to ręka sprawiedliwa zaraz reagowała, gdy upomnienia nie pomagały. Często też powtarzano: ino nie słuchoj, pudzies do skoły, to cie ta rozumu naucóm! Učitel ci do rady! Mo taki pryncicek, jak cie nim śmignie, to pod samom powałe wyskocys! Abo bes na scelinie klyncoł! W domu nie było dużego wyboru pożywienia, smakowało mi wszystko, co Mama przygotowała. W lecie było mleko kwaśne, czterotygodniowe, takie, że gdy się go brało warzechą, to syczało, bańki robiły się na powierzchni. Jak nie było ziemniaków, to Mama gotowała żytnią, albo jarcaną kulasę. No a kiedy się już pokazała sałata, tośmy ją bardzo lubili ugotowaną na kwaśnym mleku. Piekła też i moskol, zarabiała mąkę wodą, układała wyrobione ciasto na płasko, wrzucała na gorącą blachę. Aby jeszcze lepszy był, to wkładała na noc do pieca pod blachę, ale przed tym ogień wygarniała. Placek się wysuszył, stawał się twardy, trzeszczał, gdy się go jadło zdrowymi zębami, a jak jeszcze doń dostaliśmy świeżego góralskiego masła, to wtedy byliśmy bardzo szczęśliwi. A gdy grulki były, to wtedy przeważnie nimi zaspokajano głód. Ziemniaki pieczone, a do nich surowa kapusta z beczki, ziemniaki z bryndzą, ziemniaki maszczone masłem lub spyrką, ziemniaki zaprażone, ziemniaki z grochem, ziemniaki z kwaśnym mlekiem, były też grulane gałuski. Nie zawsze kapustę dało się utrzymać przez całe lato. Zwykle, choć była dobrze udeptana i dobrze posolona, psuła się.

Na Węgrzech w owych czasach były szkoły państwowe, gminne i wyznaniowe. Nauczyciel naszej szkoły był zarazem organistą. W Jurgowie była kiedyś stara, murowana i umiejscowiona naprzeciwko kościoła szkoła, po przeciwnej stronie drogi. Budynek szkoły przedzielony był na dwie nierówne części. W większej części była klasa z trzema oknami wychodzącymi na zachód, a dwoma na południe. W mniejszej zaś połowie było mieszkanie organisty - učitela, oddzielone sienią od klasy. Z sieni jedne drzwi prowadziły do klasy, drugie do kuchni, trzecie do pokoju organisty, a czwarte, wejściowe i wyjściowe, na ganeczek. Za kuchnią była jeszcze spiżarka. Od północnej strony mieszkania učitela były jeszcze budynki gospodarcze, składające się z szopy i drewutni. W drewutni był jeszcze jeden, jedyny, tylko z jednym oczkiem wychodek. Z południowej strony szkoły był mały ogródek kwiatowy, dotykał do cysarki i do ulicy rzepiskiej. A wschodnia zaś ściana przylegała do gospodarki Bryjów. Żadnego placu, boiska, ani pola doświadczalnego przy szkole nie było. Pauzy przepędzano na drodze wzdłuż szkoły. Za fizjologicznymi potrzebami przechodziło się drogą, a inni załatwiali się po różnych oborach.

Wracamy się do roku 1903 - do roku, w którym moja Matka uszyła mi gatki, torbę z płótna na książki, zarzucaną przez ramię. Zawiodła mnie do zapisu do pana učitela. Učitel mnie wpisał, ale to, co mi wkładali w maleńkości do główki, jak zrobiłem co złego, albo byłem nieposłuszny, przyszło mi teraz na myśl: pockoj! pockoj! pudzies do skoły, tam ci dadzóm rady! Ze strachem więc zasiadałem do pierwszej ławki w klasie, naprzeciwko pieca. Tam też, w pierwszych trzech ławkach siedzieli najmłodsi, ale nie po dwóch, nie po czterech, ale po sześciu, siedmiu, czy więcej w jednej ławce. Do szkoły chodziliśmy w późniejszym terminie, bo o 11 godzinie. Tak samo druga klasa. Starsze klasy były tak usytuowane, że po lewej siedzieli chłopcy, a po prawej dziewczęta. Do szkoły uzbrojono mnie w narzędzia szkolne: a to tabliczkę z łupku i grafikę. Tabliczka miała ramki drewniane. Po jednej stronie tabliczki były linie do pisania wyrazów, po drugiej znowu podzielona była na dwie części, jedna część służyła do pisania cyfr, a druga była gładka. W ramkach był jeszcze otworek służący do przytwierdzania gąbki lub szmatki do ścierania. Tabliczkę używało się normalnie do pisania i rysowania na niej grafiką, a nadzwyczajnie była nieraz bronią zaczepną. Nie każdy mógł się pochwalić w VI klasie całą tabliczką. Albo była w kilku kawałkach, które dzięki ramkom nie rozpadały się, ale było też i tak, że tabliczka taka nie była cała, bo niektóre kawałki z niej powylatywały. Była też i tulejka z drzewa na grafikę. Był ślabikorz.

To wszystko nosiliśmy w już wspomnianych torbach, uszytych w domu ze zgrzebnego albo pacześnego, albo cienkiego płótna, ale były też koszałki, wyrabiane jednak nie na miejscu - sprowadzano je do sklepu, gdzie można je było nabyć. W zimie zimno było uczęszczać do szkoły w lekkich gatkach. Dlatego też w Jurgowie starano się zapobiec w ten sposób, że małym pociechom szyto portecki. No! Portecki były dobre nie tylko do chodzenia, ale i do spuscania. Ino miały jedną chybe. Musiały się pewnie trzymać, a do tego służył pasek, który nawlekało się przez obręb, a potem zapinało przez sprzyncke, przeciągało się posecek, a jak już mocno rzemycek obejmował poły, wtedy trzpień wkładało się do odpowiedniej dziurki w rzemyku. I taki spięty silnie chłopiec szedł do szkoły, a choć się portecki zmocyły, to raczej się zaparzyły i nie dopuściły do nóg zimna. Ale na tej sprzyncce niejednego wywiedlo! Tak silnie portecki zapinano, że uczeń nie dał rady sprzyncki ozpiąć i następowała tragedia. Już umieliśmy wyciągać ręce i prosić o pole, ale prosić pana učitela, aby pomagał sprzyncke ozpiąć - to tego nie odważyliśmy się zrobić. I chociaż chłopiec wychodził na pole, to stawał bezradny i do tych góralskich portecek musiał nadudać. One ta zmieściły wszystko i taki wracał nieszczęśliwy do ławki. Pan učitel miał jednak dobre rozpoznanie i wyczucie. Zwykle po krótkim czasie nieraz szedł uczeń - biedak z płaczem do domu. W domu zaraz doprowadzano ubranie ucznia do porządku. Wbijano mu do głowy, aby prosił w takim nagłym wypadku o pomoc starszych uczniów, którzy mieli pomagać młodszym. Zdarzyło się nieraz i tak, że nieszczęśliwy miał brata starszego, który w szkole obserwował, co się dzieje z młodszym bratem. Niektórzy chłopcy nosili portecki przez cały okres szkoły, niektórzy znowu wracali z chwilą ocieplenia do gatek. Nasze spiskie portecki były inaczej szyte jak podhalańskie. Miały tylko jeden przypór - z boku, sznury na nich miały tylko dwa kolory - czerwony i granatowy, na dole ponad kieckóm miały jeszcze kohutki, spuszczane były na kierpce, a nie do kierpców. Podczas bardzo ostrej zimy obuwaliśmy się w kołcóny. Noske owijało się nopierwi ónyckom, na to wdziewało się kołcón, powrózkiem okręcało się ónycki, przewlekało się przez dziurki w kołcónie i zawiązywało, aby kółcón nie odpadł od nogi. W kierpcach było zimno. Nóżka w kołcónie zawsze była ciepła, i choć nieraz w kołcónie wlazło się do wody i przemoczyło całą noskę, to po jakiejś chwili na powierzchni kołcóna pojawił się lód, który nie dopuszczał zimna do nogi, a ciepła nie wypuszczał na zewnątrz. Zawsze gazdowie którzy w przemoczonym obuwiu wieczorem przyjeżdżali do domu, nie zrzucali zaraz obuwia, aż nogi się ogrzały, obute, przy domowym piecu. Zrzucali dopiero wtedy, gdy noga była ciepła. Inaczej groziło odmrożenie. Mogły być i buty skórzane.

Szkoła nie miała swego opału. Opalano ją z tych domów, z których dzieci chodziły do szkoły. Wielka uciecha dla uczniów i uczennic, bo do tego celu musiały być saneczki, na nie ładowało się scelinki, umocowało się powrozem, aby się nie traciły, i wczas rano, przed siódmą godziną, wiozło się drogą do szkoły, tam ogień rozpalano, pilnowało się, aby ogień nie zagasł. Piec szkolny, jak każdy piec, był zbudowany z kamyczków, z półkami kamiennymi i rułą łączącą koch na strychu. Piec miał swoje potrzeby, swoje zachcianki, miał też różne, różne wymagania. Nikt o niego nie dbał, jeszcze jak były scelinki suche, to się ta paliło, ale nie zawsze, bo jak sadzami zawaliło te rury, albo półki, była wielka uciecha, bo można było różne figle płatać, których oko pedagogiczne nie dostrzegało, z powodu czarnych, gryzących i wielkich kłębów dymu, napełniających całą klasę. W takich wypadkach następowało wielkie zamieszanie, radosne okrzyki. Ofiarą sprawiedliwości pedagogicznej stawał się palący, na którego najrozmaitsze przekleństwa i wyzwiska padały, a w klasie z radości huczało, bo to wolność od zajęcia wpływała na krotochwilną atmosferę. Ale ta nikt ze starszych nie pomyślał pomóc. Również i sprzątanie klasy do palącego należało. Czasem skrapiano wodą podłogę, ale bardzo rzadko, tumany kurzu unosiły się w powietrzu, a to się działo między siódmą a ósmą godziną rano, wtedy, kiedy organista grał w kościele.

Jak przyszła zima, a u nas bywały wielkie zimy, groźne, mroźne, zimne i długie, droga przez wieś wyglądała tak, jak kanion w Ameryce. Śnieg sięgał po same strzechy. Taki układ śniegu zachęcał do urządzania spuscanio. Taka jazda na tyłku od samego grzebienia po dachu szopy i chlewicka aż na dół - była bardzo miła, obchodziliśmy się bez saneczek, ino na portkach sunęliśmy bardzo szybko w dół. A wtedy nie chciało się jeść, ani uczeń nie spieszył się do domu, torbę odkładało się w jakiś tajny schowek, nieraz zapominało się o niej, dopiero dom nieraz przy pomocy rzemienia pomagał zbacyć, gdzie się znajduje torba z tabliczką i książkami. Nieraz już od pierwszej klasy zaczynały się te zjazdowe sporty, nieraz starszyzna uczniowska nie dopuszczała smarkatego do jazdy. Zwykle w tych spuscaniach brali udział chłopcy, ale trafiały się dziewczęta, co też po podwiciu kartunecki śmiało zjeżdżały. Jesce roz! Jesce roz! Jesce roz! - Aż kij Ojca lub Matki przerywał tę wielką przyjemność. W takiej chwili po przybyciu do domu trzeba było się rozbierać, całe ubranie domowe, suche, nakładać, a zrzucone suszyć, bo było ino jedno do szkoły. Dobrze jeszcze jak po spuscaniu uczeń przychodził prosto do domu, ale jak się schował u kolegi lub rodziny, to były potem portki w robocie. Rodzice obserwowali z kim się uczeń zadaje, potem wiedzieli, gdzie mają szukać swojej pociechy.

Przy zwracaniu się ucznia do nauczyciela tytułowano go "pan učitel", ale nie zawsze, bo gdy rozmawiano z nim po węgiersku, to "tanito ur", a że oprócz funkcji nauczyciela miał on w kościele zajęcie organisty, stąd w całej parafii przezwano go panem organistą. Pan organista urodził się w Jurgowie, u Sielana, jego matka też go uczyła pacierza polskiego, bo innego nie umiała. Po ukończeniu rzymsko-katolickiej szkoły ludowej w Jurgowie, poszedł się uczyć dalej i wyuczył się na nauczyciela. Skoro otrzymał posadę w Jurgowie, już zapomniał języka polskiego (gwary jurgowskiej), a mówił tylko słowackim lub węgierskim językiem. Od 1907 roku na zarządzenie władz uczył w szkole po madziarsku. Ożenił się z obywatelką ze Szwabów (CSRS). Taki już był dokładny, kolejny porządek tych, którzy poszli do szkół. Ani jeden inteligent, czy to Polak, czy Słowak - nie zostawał przy swym macierzystym języku, czy swej narodowości, jaką po rodzicach otrzymał. Po kuźni średniej szkoły węgierskiej wychodzili z niej tylko Madziarzy. Zresztą już za moich czasów w ogóle w Jurgowie nie było Polaków, choć zupełnie nie mówili ani nie rozumieli po węgiersku; wszyscy obywatele na Węgrzech, jakiejkolwiek narodowości, uważali się za Madziarów. Chłop w domu posługiwał się tylko gwarą, taką, jaką odziedziczył po rodzicach, a inteligent mówił albo po węgiersku, w ostateczności po słowacku, gdy rozmawiający z nim mówił tylko po polsku. Polską mowę poniewierano, traktowano jako język prostaków; w szkole, w urzędzie, przy wojsku szydzono z niej, kpiono, wyśmiewano! Wszyscy urzędnicy, nawet Słowacy, też rozmawiali stale i wszędzie po madziarsku, a gdy tego nie umiał, to po słowacku. Do języka wzbudzono taką nienawiść, że został językiem dziadowskim, językiem spiskim, językiem sponiewieranym.

I tak zanikanie języka polskiego zaczęło się od miast; nie potrafiono go wyrwać ze serc ludu wiejskiego. Lud używał go w domu, przy pracy, w polu, i nawet na zebraniach, gdy te były poza urzędem. Wyszły specjalne ustawy, które pilnowały, aby na Spisz nie dostawały się żadne wpływy polskie. Kto się tylko z Polaków pokazał na wsi spiskiej, musiał się natychmiast meldować, nawet na dwadzieścia cztery godziny. W przeciwnym razie wracał w asyście żandarmów do granicy, a gospodarz, u którego taki Polak zamieszkał, był karany. Zostały pozmieniane nazwy wsi. Jurgów w starszych czasach przekręcono na Jurgo, ale to było złe, w czasach gwałtownego wynaradawiania zmieniono nazwy na węgierskie. Jurgów nazwano Szepesgyőrke, Czarną Górę - Feketyhegy, Trybsz Ujterebes, Rzepiska - Repasfalu, Łapsze Wyżnie - Felsőlapos, Łapsze Niżnie Alsőlápos, Łapszankę - Kislápos, Niedzicę - Nedecz, Nową Białą - Űjbéla, Krempachy - Bélakorompa, Frydman - Frigyesvagása, Kacwin - Szentmindszent. Na granicach wsi, przy drogach, stanęły tablice w węgierskim języku, to samo stało się z wszelkimi innymi tablicami, szyldami i napisami. A z metrykami cuda wyprawiano. Kiedyś były napisane w języku łacińskim, potem w niemieckim, potem w węgierskim, a na ostatku w słowackim. A nad wszystkim stał pan notar, razem z orszackim, żandarmami i sądem. Już od pierwszej klasy wbijano w główki dziecięce "Dicsörteség a Jezus Kristus!" - "Pochvalen Pan Ježiš Kristus!". Do wsi nie dochodziły żadne polskie gazety. Prenumerowano "Krestiana", "Našu zastavu", "Jednotu", lub wpłacano do "Spolku svateho Vojtecha" członkowskie, które wynosiło 10 K. austr.-węg., - a za nie otrzymywało się różne wydawnictwa religijne jak: "Život Pana Ježiša Krista", "Stary Zakon", "Novy Zakon", "Život P. Marie", "Robinsona Crusoe", nawet "Quo vadis" w języku słowackim. Z chwilą przybycia nowego nauczyciela, kierowanie planowe do kultury węgierskiej szybko następowało naprzód. Wracający ze służby wojskowej zapominali języka polskiego, pieśni polskiej. Gdy konieczność wymagała, to ten dziadowski polski język przezwano językiem góralskim, aby tylko nie przezwać go językiem polskim. Na Spiszu też nie mieszkali Polacy, lecz horale. Znikali Polacy, ale lud dalej poza Mszą św. modlił się po polsku, witał się po polsku: Pokfolony Jezus Krystus!, Witojcie!, Ca ta słychno u wos?, Ostóńcies z Panem Bogiem!, Boze pomogoj!. Kiedy siostra Werona chodziła do szkoły (około 1900 roku), zaczęto madziaryzować ludność polską na Spiszu. Jeszcze w pierwszej klasie uczono się po słowacku, ale już w drugiej wprowadzono język węgierski. Za mych czasów w trzy lata później, już przy ślabikorzu wprowadzono język madziarski. W pierwszej klasie stawał učitel przed nami pokazywał kolejno na przedmioty i zapytywał: "Ki az?". Uczniowie odpowiadali: "Az asztal", "az szék", "az ajto", "az pad!". Odpowiadaliśmy różnie, pojedynczo, albo chóralnie. A w wyższych klasach učitel wszystkie polecenia wydawał w języku węgierskim. Uczono nas po węgiersku przeżegnać się, pochwalić Pana Boga, Ojcze nasz, hymnu węgierskiego oraz różnych pieśni. Już od trzeciej klasy były książki do czytania nie tylko słowackie, ale i węgierskie. Podręczniki przeważnie były w języku węgierskim. Jedyna nauka religii pozostawała w języku słowackim, odbywała się 2 razy w tygodniu. Na godziny religii przychodził ksiądz dziekan, a učitel chodził z katechizmem po klasie i pytał tego, co było zadane na poprzedniej lekcji, była też i biblia słowacka. Po wsiach podczas Mszy św. śpiewano w kościołach po słowacku a wszystkie nabożeństwa polskie, jak: godzinki, różaniec, gorzkie żale, stacje męki Pańskiej, psalmy do Matki Boskiej, kolędy przed Mszą św. i po nieszporach. Jedynie Święty Boże i Anioł Pański śpiewano po polsku w obecności księdza.

Nauczyciel był bardzo sprawiedliwy, gospodarny, punktualny, oszczędny. Zajmował się też społeczną pracą, ale na węgierską nutę. Wszystko, co pachniało polskością, nie miało do niego żadnego dostępu. Wyjątek stanowiły pieśni religijne, głęboko zakorzenione w ludzie spiskim. W kościele dla tercjarzy trzeciego zakonu w dniu św. Franciszka podczas Mszy św. śpiewał po polsku; to samo było i po każdej Mszy św. w niedzielę, kiedy śpiewał Anioł Pański, a w dni powszednie Święty Boże. Polubiłem go, pamiętam o nim, chociaż podczas przygotowania do plebiscytu stanął po czeskiej stronie, choć Czechów w Jurgowie nie było, a na jednym zebraniu w karczmie adresował do tatička Massaryka pismo, w którym prosił o przyłączenie jurgowian do Czechosłowacji. Nie udało mu się. Jako organista miał od wsi ogród pod kościołem, gdzie miał małą pasiekę i nade wsią pole, gdzie uprawiał ziemniaki i owies; rosła tam też i psiorka, bardzo licha. Każdego dnia o godzinie siódmej był już w kościele, tam najpierw wykonywał swą pracę kościelną. Punktualnie o godzinie ósmej rozpoczynał naukę. Nasz Żeromski nazwałby ją syzyfową pracą. Sam jeden prowadził sześć klas, a po południu dwa razy w tygodniu naukę dopełniającą. Nauka była zorganizowana w ten sposób, że były zajęcia ciche i głośne. Gdy uczył głośno jedną klasę, to inne uczyły się po cichu. Męczyło go to bardzo, często używał pryncia, którym zaprowadzał porządek, albo zmuszał do stania lub klęczenia w kącie, zostawiał na papierzane gałuski. Nie miał kłopotu z rodzicami, bo był bardzo sprawiedliwy, nie robił nam krzywdy. Rano przychodziły starsze klasy, w późniejszych godzinach pierwsza, druga, trzecia. Jak dzieci wychodziły ze szkoły, to podchodził na ganek przy drodze i obserwował zawsze, czy komu się krzywda nie dzieje; bo to zwykle ze szkoły do domu wyrównywały się różne nieporozumienia, krzywdy; ba! dochodziło zawsze do prawa pięści. Dopóki droga prosto szła i widoczna była przez učitela - organistę z ganku szkolnego, to wszystko szło pięknie, panował ład, były idealne pary, od czasu do czasu oglądano się, czy wychowawca czuwa, ale jak droga skręciła i znikła widoczność od szkoły, wtedy wszystko się ożywiało. Powstawał krzyk, pięści się zaciskały i uderzały, nieraz chóralnie wybraną ofiarę przezywano i wyzywano, a kończyło się bardzo często płaczem słabszego, poszkodowanego, pobitego, sponiewieranego. Na drugi dzień skargi do organisty, który znowu prynciem wymierzał sprawiedliwość. Najprzeróżniejsze podpatrzone słabostki przyczyniały się do nadawania wzajemnego przezwiska. Był Skuca, Kuna, Sikorka, no każdy, każdy otrzymywał należne mu przezwisko. To dostawał nie rodowe, lecz nowe, które najbardziej bolało, bo było tak precyzyjnie dobrane, żeby jak najwięcej dokuczało. O to też były potem kłótnie i nieporozumienia, nawet poza szkołą, bo w domu. Nieraz przezwisko zostawało na osobniku aż do samej śmierci, a nawet przylgnęło na stałe do rodziny. O to najczęściej dochodziło do bitek. Jeszcze słów kilka, skąd brały się pryncie do wykonywania wyroków. Zwykle przygotowywał je taki podlizywac, który musiał się dobrze uczyć. Jeszcze przed ósmą godziną przynosił cały pęk prynci, które w tym samym dniu, po ciężkiej służbie, przestawały istnieć. Czasem podlizywac stawał się ofiarą własną ręką wyciętych i pozbieranych prynci, co było radosnym przeżyciem dla całej klasy, tak chłopców jak i dziewcząt, bo i one ulegały tym samym karom cielesnym, co chłopcy. Podczas takiego zdarzenia krzyczano dyskretnie: "jesce! jesce! jesce!"

Zanim nauczyciel wchodził do klasy, powstawała walna bitwa pomiędzy chłopcami a dziewczętami. O co? Najczęściej o zmazywanie tablicy. Kurniawa obejmowała małych i dużych, słabych i mocnych, wszystkich. Robiło się kłębowisko, które kończyło się albo głośnym płaczem pobitego, albo wejściem organisty, który prynciem zaprowadzał ład. Wówczas połowa klasy, przeważnie chłopcy, klęczała, rozpamiętując swoje praktyczne rozgrywki. Nie zawsze następował spokój, kiedy organista odszedł dokończyć śniadanie; wtedy już oskarżycielki padały ofiarą przy akompaniamencie słów: "posła na skarge, wziena gówno na warge!". Znowu niepokój, który już zażegnywano prynciem. Znowu oskarżona ofiara kładła się na stołku, organista napinał spodnie i uderzał w zadek tyle razy, ile sam w swym sprawiedliwym takcie pedagogicznym ustalił. Wykonywanie kary na stołku było dokonywane za ciężkie szkolne przestępstwo i zajmowało wiele czasu, a na to nie mógł sobie organista pozwolić. Przeważnie podczas nauki učiteľ albo wycubrzył, albo wyszarpał za ucho, albo chwycił za rękę, wyciął prynciem po niej, albo też zostawiał po nauce. Dla nas jednak największą karą było zostawianie po nauce. Jeść się chciało, a koleżanki i koledzy pilnie i starannie przestrzegali, aby rodziców zawiadomić, za co Jónuś zostoł w skole!, pododawali nie tylko co widzieli, ale co usłyszeli o zbytkach i co według ich umysłu należało jeszcze uzupełnić. Rozważania ukaranego szły w tym kierunku, jak się wymigać od domowego, rodzicielskiego wykonania kary. Konkurowały więc ze sobą tak wymyślne oskarżenia koleżanek i kolegów, jako też i obwinionego. Tam w klasie nie zostawał długo, ale do domu swego prosto nie wracał, zwykle przeprowadzał wywiad, jak się dało, albo też chronił się u krewniaków, albo wracał późnym wieczorem. No to znowu Matka wchodziła, jako pośredniczka, i łagodziła gniew Ojca, aby kara ojcowska była jak najmniejsza. Nie należałem do elity zwyciężających, ale czasem poniosła mię cułowska ambicja. Pamiętam, kiedy to powstała bójka między mną a Jędrzkiem F. .... O co? Nie pamiętam. Tylko zdaje mi się, że ja byłem zaczepiającym, bo Jędrek był młodszy i chodził do niższej klasy. Bójka odbywała się przy oknie w południowej ścianie klasy, a zakończyła się tym, że Jędrek, trzymający mnie za obydwoje uszu, puścił mnie nagle i moja głowa uderzyła w szybę, rozbijając ją z głośnym brzękiem na drobne kawałki. Naraz nastała cisza. Z kibicujących każdy siedział na miejscu, a ja z wielkiego wrażenia pod wpływem wybitej szyby zapomniałem płakać. Czekałem na sąd. Nie pomogły wyjaśnienia ani moje, ani Jędrzkowe. Kara na rękę była równo wymierzona, tak mnie jak i Jędrzkowi. W domu już wiedziano, że okno wybite. Ale moi rodzice wiedzieli, że ja przeważnie jestem bity. Ojciec tylko bardzo się zasmucił, że szyba nigdy jesce w skole nie była wybita i teli, teli wstyd!. A potem, potem, długo, długo ta szyba nie była wprawiona, bo Ojciec sądził, że szybę powinien wprawić ojciec Jędrzków, a ojciec Jędrzków znowu zwalał na mojego Ojca. Ten próżny otwór doczekał się końca budynku szkolnego.

Każdego roku, gdzieś w czerwcu, był egzamint. Uczniowie przystroili na ten dzień szkołę, poszli do goji, nawycinali olszyny, przynieśli ją, i równo, symetrycznie nawbijali koło budynku. Najstarsze znowu uczennice z różnokolorowego papieru, zrobiły długie łańcuchy i przystroiły nimi wnętrze klasy. Uroczystość ta zawsze odbywała się w niedzielę, toteż po nieszporach ksiądz i wszyscy rodzice oraz uczniowie przychodzili na ten popis. Organista zaczynał popis od pierwszej klasy. Sprawdzano czytanie, rachowanie. I tak w każdej klasie. Nie wszyscy uczniowie odpowiadali, bo na to nie było czasu. Podczas egzamintu widać było radość u rodziców, przemieniającą się w głośny śmiech. A po egzamincie rozchodzono się do domów, gdzie opowiadano sobie długo o zdolnościach poszczególnych uczniów.

Około 1911 roku organista otrzymał pomocnika w osobie młodego nauczyciela. Pochodził też ze Spisza, ale z Przedmagurza (CSRS). Nazywał się Adamkowicz. Świeżo upieczony pedagog z młodzieńczym zapałem przystąpił do madziaryzacji dusz polskich. Stary učiteľ około 1914 roku żeni się po raz wtóry, bo mu żona zmarła; pochowano ją na cmentarzu jurgowskim. Druga żona, przezwana Ładniutką, wywodziła się z Jurgowa, od Dziedzica. Miała brata, który uczęszczał na wyższe studia w Budapeszcie. Stary učiteľ po przyłączeniu Jurgowa do Polski stał się nauczycielem polskim i wiernie nauczał w języku polskim. Zmarł nagle podczas nabożeństwa, kiedy śpiewał pogrzebową pieśń przy trumnie, przed samym domem, na podwórzu zmarłego. Pamiętam, że zawsze po lekcjach, wychodząc ze szkoły, obejmowałem go za nogi, w ten sposób dziękując za naukę. Po ukończeniu pierwszej klasy przeszedłem już do ławek na lewą stronę. W drugiej klasie uczęszczała ze mną Marynka od Grzesia. Nauka jej szła tępo, często pozostawała na papierzane gałuski. Raz podszedłem do niej, szepnąłem, aby nie płakała, zaraz to spostrzegli starsi koledzy, zaczęli się ze mnie wyśmiewać, że to moja frejerka. Tak zostało przez całą szkołę. Z drugiej klasy przeszedłem do trzeciej, czwartej, potem do piątej i do szóstej. Z trzeciej klasy tyle pamiętam, że ksiądz przychodził na katechizm. W trzeciej klasie przystępowaliśmy pierwszy raz do Pana Jezusa. Przygotowywała nas szkoła pamięciowo. Uczyliśmy się katechizmu na pamięć, przerabialiśmy rachunek sumienia, ale się to głowy nie trzymało. Matka dużo mówiła o grzechach, które należało wyznać na spowiedzi zrozumiałym dla mnie językiem Matki, podczas gdy w szkole recytowaliśmy inną mową. Widzieli moi rodzice tę rozterkę; obawiając się, że powstanie mi w głowie zamieszanie, poprosili nieuczonego, innego organistę od Kotarby, aby mi pomógł. Organista wypisał przypuszczalne moje grzechy według dziesięciorga przykazań, pięciu przykazań kościelnych, sześciu prawd wiary, siedmiu grzechów głównych. Po każdym grzechu pozostawił miejsce na wpisanie liczby popełnionych przewinień. Powypisywałem koło moich grzechów liczby. Ale przy powtórnym czytaniu znowu te liczby zmieniłem. I ile razy potem czytałem, stale zmieniałem. Nareszcie powstała w głowie mieszanina i pytania. Czy dobrze wyliczyłem grzechy? Czy będzie dobra spowiedź? Czy czegoś nie zapomniałem? Czy wszystko już odnotowane? Przy spowiedzi kartkę trzymałem przy sobie, jak ta wyspowiadałem się, też nie wiem, rozgrzeszenie otrzymałem. Rodzice na paluszkach chodzili koło mnie, a Matka myślała, aby mnie dać do szkół, wyuczyć na księdza.

Na środku wsi, pomiędzy karczmą a domem Morcincoka, stał kiedyś kościółek św. Wojciecha. Cały murowany, z cmentarnym naokoło, ogrodzony staroświeckim murem z kamienia łupanego i tak samo z przepięknym dachem goncianym. Przy ogrodzeniu stały wysokie topole. Był jednonawowy, usytuowany wejściem na wschód, z piękną dzwonniczką w środku dachu. Gdy płanetnicy napędzali na dziedzinę i jej pola grad, lić, pieruny, dzwoniono nie tylko na wieży kościelnej, lecz i na dzwonniczce kościółka. Była to bardzo, bardzo stara kapliczka, może nawet wcześniej budowana niż kościół. Stara szkoła już nie odpowiadała należytym warunkom nauczania, a potrzeby były, mnożyły się z latami. Budynek ten należał do parafii rzymsko-katolickiej, a tablica umieszczona na niej miała napis: "Romai-katolikus nép iskola". Rozrastał się szowinizm madziarski. W roku 1907 wychodzi ustawa nakazująca uczenia wszystkich przedmiotów od pierwszej klasy w języku węgierskim, przybywało wiele dzieci, szkoła już nie mogła ich pomieścić. Zaczęto poszukiwać miejsca pod budowę nowej szkoły. Kto podał projekt zburzenia starej, ale przepięknej kapliczki, nie wiem. Władze kościelne i świeckie wyraziły zgodę na wybudowanie nowej szkoły na miejscu zburzonego, staroświeckiego kościółka. Ludność jednak nie zapomniała o św. Wojciechu, który nieraz ratował wieś w nieszczęściu. Cała parafia jurgowska zwróciła się do władz, aby przy nowej szkole można było dobudować kaplicę. I tak się stało! Kościółek zburzono, a jak daleko sięgały mury ogrodzenia, tak szeroko i długo wybudowano nowy budynek szkoły. Od drogi jedną część budynku przeznaczono na kościółek, a nad nim wzniesiono dzwonniczkę z sygnaturką. Od wchodu schody do kościółka dotykają cysarki. Reszta budynku to klasa obszerna od zachodu, kuchnia w środku, mieszkanie od północy. Ta zmiana nie pomogła wiernym. Kapliczka jest tak mała, że ludność podczas nabożeństwa klęczy na cysarce. Tak powstała nowa placówka madziaryzująca obywateli Jurgowa.

Około 1900 roku pojawili się w Jurgowie studanci polscy. Pochodzili oni z gimnazjum bocheńskiego, a już studiowali na wyższych uczelniach. Najbardziej wpływowym był artysta malarz Marcin Samlicki, drugim Józef Stokłosa, inżynier, trzecim Jasiek Stokłosa, profesor, a czwartym Leon Szkocki, urzędnik w Krakowie. Opisałem ich w kalendarzu spisko - orawskim, który wyszedł w roku 1946 lub 1947, ostatnio wspomniałem w Gazecie Podhalańskiej. Wędrujący krajoznawcy napotkali chłopa pędzącego cielę na jarmark do Nowego Targu. Wspomniani studenci pomogli mu opanować rozbrykane cielę, z wdzięczności zostali zaproszeni do jego domu: Tam dzie przy drodze, w murze Matka Boska, jest pod skałóm kluc, tym klucem trza otworzyć do izby, a co nojdziecie, to jedzcie i śmiało biercie!. Było to wielkim objawieniem na chude kieszenie studenckie. Studenci zawędrowali do Jurgowa, naszli Matkę Boską, weszli na oborę, a koło drzwi do domu była wielka żabica, po wsunięciu ręki do wolnej przestrzeni pod żabicę natrafiono na klucz, otwarto drzwi, wstąpiono najpierw do sieni, potem do izbecki, a dopiero na ostatku do wielkiej izby. Znaleźli pod ławą grulecki, zabrali się do skrobania. Po ugotowaniu i zaspokojeniu głodu czekano z wielkim strachem na gospodarza. Tómlon Jan, bo takie było nazwisko gospodarza, przybył z jarmarku bardzo zadowolony, bo dobrze sprzedał bycka, przywitał studentów, wdał się z nimi w rozmowę, wtajemniczył ich w stosunki narodowe, gospodarskie i socjalne; zaprosił ich na stałe. Jakoś tak pięknie mówił, tak zajmująco, tak ciekawie i uciesznie, że młodzi przylgnęli doń całym sercem. Od tego czasu przez szereg lat jeździli do niego. Wgryzali się z trudem do serc chłopskich. Zyskali je i zaczęli bardzo delikatnie uświadamiać Madziarów mówiących starą, czystą polszczyzną. Organizowali dla Jurgowian wycieczki do Krakowa. Kraków przez swoje bezcenne zabytki zrobił na nich wielkie wrażenie. Lud religijny wchłaniał legendy, zdarzenia historyczne, które tak silnie były powiązane z wiarą. Wawel, groby królów polskich, niezmierna ilość kościołów, umiejętne prowadzenie wycieczek przez studentów, ludzkie i delikatne podchodzenie do pognębionych dusz i serc sprzyjały nawiązaniu serdecznych nici ze studentami. Studenci zaczęli opracowywać naukowo zagadnienia z kultury Spisza. I wtedy właśnie sam inżynier Józef Stokłosa, jeszcze na studiach uniwersyteckich, napisał "O budownictwie jurgowskim", "Tkactwo na Jurgowie", "Zabawy wśród młodzieży", "Pieśni na Jurgowie". Marcin Samlicki, artysta, duszą i sercem pokochał wszystko w Jurgowie, nie tylko ludzi, lecz i całą przyrodę. Przeżyte wrażenia przenosił przy pomocy pędzla na płótno. Całymi dniami widać go było, jak z paletą w ręce, zapatrzony w świat, dumał nad pięknością otoczenia Jurgowa. Powstało wtedy wiele obrazów z Jurgowa i jego okolicy. Dopóki był w Polsce, każdego roku zjeżdżał do Jurgowa. Pisywał listy do Tómlana, to do Sobka Chowańca, a nawet we francuskich gazetach uświadamiał zagranicę o Spiszakach. Leon Szkocki, urzędnik zamieszkały w Krakowie, załatwiał znowu różne gospodarskie sprawy. Wszyscy mieli doń dostęp, kto tylko miał potrzebę kupna narzędzi rzemieślniczych, różnorakiego sprzętu do zajęć przemysłowych, wyrobniczych i budowlanych. Ludność nawet uczęszczała doń na noclegi, gdy znajdowała się w Krakowie. Najdłużej też towarzyszył życiu jurgowskiemu, bo aż do 1969 roku. Jeszcze na pół ociemniały, ledwie pociągając swoimi chorymi nogami, przyjeżdżał do Jurgowa. Studenci ci bardzo wpłynęli na dalsze losy mego życia.

Próbowałem wszelkich prac, jakie wykonywało się przy gospodarstwie rolnym. Były za ciężkie, a raczej nie miałem chęci do nich. Przy krowach, gdy były w górach, nie dałem rady wysiedzieć, pasienia znowu nie potrafiłem przypilnować, bo wszystko koło mnie było takie zachwycające, piękne; to krowy cudze nawracałem za opowiadania pasterskie, a o swoich zapominałem. Coś mię ciągło w inksy świat. W 1908 roku, we wrześniu, młodszy ode mnie Józef Chowaniec, Gogolicek, albo Krzistyniok spod Smeraka, syn Sobka Chowańca, został przy zachętach studantów i w porozumieniu z Zarządem Głównym Towarzystwa Szkoły Ludowej przyjęty do Zakładu ks. Siemaszki dla biednych i opuszczonych chłopców. TSL pokrywało wszelkie koszty związane z pobytem jurgowianina w zakładzie i w szkole. Józek bardzo ciężko uczył się w szkole jurgowskiej, a dobrze dawał sobie radę w Krakowie. W mojej głowie powstała taka myśl: jeżeli Józek wywiązuje się dobrze w Krakowie, dlaczego miałbym zostać w domu, kiedy mogę się uczyć w szkołach. Gorącą pomocnicą była dla mnie Matka, która chciała w swoim rodzie mieć księdza. Dlatego też jakaś przemiana wewnętrzna nastąpiła we mnie. Nie chciałem za wszelką cenę pracować na gospodarstwie rolnym, nie chciałem paść krów, a stale powtarzałem: jo fcem do skół! jo fcem do skół! Przekonało to moją Matkę i w ostatnich dniach sierpnia 1909 roku tak molestowała Ojca, aż wreszcie się zgodził i drugi jurgowian 31 sierpnia 1909 roku pojechał na naukę do Krakowa. Nie wiedziałem, czy zostanę przyjęty, dlatego pojechałem w takim ubraniu, w jakim chodziłem po Jurgowie, a więc w kupnej katance, w porteckach góralskich, w trzewikach i kapeluszu, jaki noszono na Spiszu. Wczas rano burzyłem sam do pana učitela, który szybko wypisał świadectwo w języku madziarskim, bo chcieliśmy zdążyć na pociąg udający się do Krakowa. Matka zapakowała do kuferka, co uważała za potrzebne, i razem pojechaliśmy w tę nieznaną drogę. Droga dla mnie była frapująca, bo nigdy nie byłem w Nowym Targu, nigdy nie widziałem kolei. A na stacji przed kasą nakazała mi Ma tka zgiąć nogi w kolanach, aby mniejszym wzrostem wyjednać połowę biletu. Wiele zdarzeń z tej mojej podróży nie pamiętam. Jak wszedłem do pociągu, znalazłem się z Matką koło okna. Matka była wielce nabożna, wyjęła książkę do modlenia, zaczęła się modlić. Nikt jej w wagonie nie przeszkadzał, nikt jej nie zabraniał, a za modlitwami nastąpił różaniec, potem litanie, a może i Święty Boże, aby szczęśliwie dojechać do celu. Nawet tego nie pamiętam, czyśmy jechali z Józkiem; tak mi się wydaje, że Józka przy nas nie było. Po przyjeździe do Krakowa czekał na nas brat misjonarz Julian. Myśmy przecież nie znali go, natomiast rodzice Józka musieli zawiadomić zakład, że syn jedzie do Krakowa. Zakład znowu posłał brata Juliana, aby Józka zaprowadził bezpiecznie do Zakładu. W ten sposób i ja z Matką zostaliśmy przeprowadzeni. Znaleźliśmy się przed obliczem dyrektora Zakładu. księdza Rzymełki. Od stacji kolejowej do Zakładu szliśmy przez plac Matejki, Kleparz, ulicę św. Filipa, na Długą pod nr 42. Zupełnie głowę straciłem, tyle wrażeń naraz doznałem, że nic nie widziałem, a brat Julian chwycił mię za ramię i tak mnie prowadził. Matka obłapiła dyrektora za nogi, i prosiła gorąco, aby mnie przyjął. Zaznaczyła, żeśmy bardzo biedni, i tak zostałem w Zakładzie. Kupiła mi nowe ubranie, a spiskie zabrała do Jurgowa. Wpisano mnie do trzeciej klasy normalnej, do szkoły św. Wojciecha, gdzie gospodarzem mej klasy był Stanisław Nowak, słynny potem organizator Związku Nauczycielstwa Polskiego, a za Polski międzywojennej senator. Należałem do najstarszych uczniów, ale nie żałowałem, bo mnie dobrze osadzono, na dobrym fundamencie języka niemieckiego i innych przedmiotów, których zupełnie nie znałem. Razem więc z Józkiem uczęszczaliśmy do trzeciej klasy. Józek nie mógł sobie poradzić, tak że z końcem roku tej samej klasy trzeciej odszedł i pozostał w domu. Ja znowu otrzymałem dobre świadectwo.

Byli tam chłopcy, którzy uczęszczali do terminu, a więc kształcili się na rzemieślników różnej kategorii. Ci pracowali fizycznie, a drudzy chłopcy uczęszczali do różnych szkół normalnych, wydziałowych, realnych, gimnazjum. Terminatorzy otrzymywali wcześniej pożywienie aniżeli my. Wstawali wszyscy o piątej godzinie, myli się do godziny piątej minut trzydzieści, zaraz szliśmy do zakładowej kaplicy, a po nabożeństwie gromadziliśmy się w wielkiej sali, gdzie już w wyznaczonych ławkach mieliśmy swoje miejsca dla siebie i dla książek. Tam przerabialiśmy zadany materiał, który rano powtarzaliśmy. Terminatorzy podczas naszego powtarzania jedli śniadanie. O godzinie siódmej udawaliśmy się do refektarza na poranny posiłek, a po nim czyściliśmy buciki i ubranie. O godzinie siódmej minut trzydzieści znowu zbiórka w jednym obszernym pomieszczeniu, krótka przeprawa księdza dyrektora z tymi, którzy poprzedniego dnia otrzymali w szkole oceny niedostateczne. W tych bowiem czasach były oceny numerowane inaczej: bardzo dobry - l, dobry - 2, dostateczny - 3, mierny - 4, niedostateczny - 5. Sam, choć uczyłem się dobrze, dwa razy otrzymałem upomnienie: raz za nieuwagę, a raz za odpatrywanie z książki. A trudno się było oduczyć tego, bo w szkole jurgowskiej tak się przyzwyczaiłem, ale dzięki gospodarzowi klasy i ks. dyrektorowi pozbyłem się tego. Miejsce do spania otrzymałem w sypialni na pierwszym piętrze. Były tam dwa pokoje bez muru środkowego, pełno było ustawionych łóżek, a co dwa łóżka wąziutkie przejście. Na żelaznych łóżkach były sienniki wypchane słomą, na siennikach prześcieradła i poduszki, a przykrywano się kocami lub kołdrą. Do elementarnej szkoły odprowadzał nas brat Julian, a do innych szkół szli uczniowie w grupach tej samej uczelni - parami. Po nauce w szkołach powracano już pojedynczo. Podchodzono pod bramę zakładu i dzwoniono. Brat Julian wpuszczał, był jakby stróżem, miał pracownię tuż przy bramie, po każdym dzwonku kontrolował przez okienko w drzwiach kto idzie. O godzinie pierwszej po południu dzwoniono na obiad. Uczniowie gromadzili się znowu w refektarzu. Podczas obiadu starsi uczniowie czytali głośno opowieści przeważnie historyczne. Po obiedzie, do godziny trzeciej było wolne. O godzinie trzeciej dzwoniono na uczenie się tego, co w szkole zadano. Uczenie miało przerwę o godzinie czwartej po południu. O godzinie piątej znowu dzwonek na dalsze uczenie, aż do godziny siódmej. Zaraz też następowała kolacja, a o ósmej wieczorem znowu zbiórka w kaplicy, gdzie odbywały się modlitwy wieczorne. Po modlitwach wieczornych rozchodzono się po sypialniach; niektórzy się myli, niektórzy czyścili, a starsi szli jeszcze do sali na naukę, gdzie w dalszym ciągu pracowano. O godzinie dziewiątej już wszyscy kładli się spać. Jeszcze po godzinie dziewiątej wieczorem wchodził albo ks. dyrektor, albo brat Julian, albo brat Ludwik, bo nie zawsze uczniowie zachowywali ciszę. Brat Ludwik pilnował na sali nauki, mieszkał na drugim piętrze. Stale był przy tej młodzieży, która się uczyła. W sobotę po południu była kąpiel. W suterenach zakładu były prysznice z gorącą i zimną wodą, pod którymi uczniowie zmywali brud ciała przy pomocy mydła. Znowu tam miał dyżur brat Julian. W sobotę też pomiędzy szóstą a ósmą godziną po południu uczono i śpiewano pieśni patriotyczne, albo też były pogadanki historyczne z przeźroczami. Bardzo często do mojego łóżka przychodził ks. dyrektor na rozmowę. Rozmowa ta składała się z pytań ks. dyrektora i mych odpowiedzi. Tak to wyglądało:

Ks. dyrektor: To ty pochodzisz z Jurgowa?

Ja: Hej.

Ks.: A macie dom?

Ja: Hej.

Ks.: A macie kury?

Ja: Hej.

Ks.: A kościół jest we wsi ?

Ja: Hej.

Ks.: A droga jest we wsi ?

Ja: Hej.

Ks.: A droga jest szeroka?

Ja: Hej.

Przeciągały się te pytania nieraz długo, a ja wtedy bardzo chętnie po jurgowsku odpowiadałem. To hej pobudzało mych kolegów, ale to wszystkich, do słuchania i uśmiechu. Wszystkie główki były podniesione, a uszka nastawione na dziwne dla nich przeciąganie mego hej. Było też czasem krótsze jurgowskie opowiadanie. Śmiał się też i ks. dyrektor, śmiali się uczniowie, ale ten śmiech to była radość widoczna, taka jakaś szczera, taka jakaś od serca, taka jakaś pobudzająca i moje serce do weselenia się. A owo odwiedzanie przywiązywało mnie do mych dobrych opiekunów. A w soboty przy każdej próbie ze śpiewu śpiewaliśmy "Góralu, czy ci nie żal". A wtedy ks. dyrektor spod oka spoglądał na mnie, a koledzy bliżsi poszturkiwali, a inni z uśmiechem zwracali się w mą stronę. Moje wzruszenie cieszyło ks. dyrektora i wszystkich.

Przyszły jednak bardzo ciężkie czasy na mnie. Zaczęła mnie nawiedzać straszna tęsknota za domem, za rodziną, za lasem, za górami. Nie mogłem się uspokoić. Nieraz w nocy budziłem się, bo albo śniłem o pogwarce lasu, albo o szumie potoku, albo góry błyszczały słońcem oświecone, albo też Matka głaskała mnie po głowie. Wracały szczęśliwie przeżyte wrażenia, dotyczyły miejsca rodzinnego, doprowadzały do takiego jakiegoś rozdrażnienia wewnątrznego, że sobie po cichu popłakiwałem za tym wszystkim, co pamięć moja ze środowiska jurgowskiego zabrała. Zacząłem pisywać do domu listy łzawe i żałosne. Ojciec pod wpływem moich listów takie wypowiedział do Matki zdanie: Niek sie ino nie ucy i niek zarozicek przijadzie, jo go tak poskiem posproscóm, ze zarozicek wróci na noskak do Krakowa! Zaczęło się koło mnie coś nie darzyć. Poznałem też, że szkoły nie dają pełnego szczęścia, zaczęło mi brakować rąk Matczynych, które zawsze śpieszyły z pomocą w każdej potrzebie i obdarzały pieszczotą. Po otrzymaniu tak żałosnych moich listów zadrżało Macierzyste serce i zrobiła postanowienie, że pojedzie poprosić Panienkę Marię na Kalwarii, by mię pocieszyła i dała mi uspokojenie. Po zbiórkach odbyła pielgrzymkę na Kalwarię, a z Kalwarii przywędrowała do Krakowa, znalazła mnie bez brata Juliana i tak wpłynęła na mnie, że już to uspokojenie i ukojenie objęło moje serce i mój umysł, że już nie płakałem w nocy. Przywiozła mi moskola mało, bo się nim żywiła w drodze, przyniosła igłę i nici, zajęła się reperacją mojego ubrania. Poprzyszywała guziki, pozeszywała rozdarte spodnie, bo były kupne i w czasie wycieczki, w krzakach, tak mi się popruły, że chusteczką związywałem nogawki, aby nie było widać gołego ciała lub kalesonów. Ta radość była moja wewnętrzna, ale spokojna, dojrzałem w miłości do Matki. Wydawała mi się Matka bardzo smutna, w skromnym ubraniu, codziennym, nie niedzielnym, co mię zdziwiło i dało mi do zrozumienia, że Matka udała się do mnie bez porozumienia z Ojcem, przeważnie pieszo. Zapamiętałem to Matczyne odwiedzenie i pocieszenie, starałem się potem zawsze pisać wesołe listy, nigdy się nie skarżyłem na małą ilość pożywienia, którego mi brakowało.

W czwartek i w niedzielę obiad składał się z dwu dań, a to zupy, ziemniaków z kapustą i kiełbasą. W te inne dni zawsze były dwa dania, tylko już bez mięsa: zupa była zawsze, a na drugie albo fasola, albo makaron, albo krupy, albo tatarka, albo. kasza jaglana, albo kapusta, albo groch, to było okraszone słoniną. Starsi uczniowie kolejno odbywali dyżury. Dyżurni pobierali z okienka kuchennego talerze z porcjami i roznosili je po stołach. Zupa tylko była nabierana z garnków na talerze. Przy śniadaniu, obiedzie i kolacji zawsze było po dwie kromki chleba. Rano była kawa, a wieczorem herbata. Mój żołądek był w domu rozciągnięty, nie chodziło tu o mięsne danie, lecz o takie, które by wypełniły żołądek. W pierwszych miesiącach bardzo chętnie dawałem swoją kiełbasę za kapustę, bo mi się tak zdawało, że kiedy zjem kapustę, to zapełnię żołądek.

Pierwsze święta Bożego Narodzenia w czasie mej nauki w Krakowie były dla mnie wielkim przeżyciem. Sam już dojazd z Krakowa do Nowego Targu, a potem na sankach do Jurgowa, nasunął mi wiele radosnych myśli. Nie mieliśmy konia, sprawą przewozu zajmował się ujek, brat Matki. Chociaż był to człowiek o bardzo upartym charakterze, nie bardzo się przejmował strapieniami naszymi, to zawsze, kiedy zbliżały się ferie świąteczne, podchodził do nas i zawiadywał: Pojadym po Jónka! I jechał.. Czekał mnie na stacji kolejowej, ładował do sanek, poprzykrywał i rozpoczynała się jazda. Wchłaniałem w siebie wszystko, co zauważyłem. Droga prowadziła przez rynek Nowego Targu. W rynku kupił mi ujek garnuszek białej, gorącej kawy, chleb, i pilnował, abym jadł i pił. Po pokrzepieniu się jechaliśmy przez krainę bajki. Droga prowadziła obok cmentarza żydowskiego, strzelnicy, przez Gronków, Białkę, po pod Bukowinę, przez Czarną Górę do Jurgowa. Koń, jak koń: do Nowego Targu wiózł drzewo, był bardzo wyczerpany, to z nogi na nogę postępował. Taka droga przeciągała się w czasie, znowu poruszał się szybciej, ale nie zanadto, dlatego też miałem czas na obserwację otoczenia.

Z chwilą wyjazdu z Nowego Targu rozległy widok otaczał nasze sanki. Na zachodzie Babia Góra rozcapierzona, pokryta śniegiem, zamykała widnokrąg. Od południa wielki i urozmaicony grzebień wabił oko i nie pozwalał oderwać oczu od Tatr. Słoneczko już za Babią Górę zaszło, ale jego drżące, kolorowe promienie, szybując ponad wzniesieniem, zatrzymały się na ścianach, turniach, krzesanicach, ubierając je w niebieskie, seledynowe i różowe barwy. Tatry stawały się przepięknym zjawiskiem, którego język ludzki nie potrafi opisać. Miały też i cienie swoje zadania. Ich kontury podkreślały wyraziściej rzeźbę dolin, półek, zachodzików i przełęczy. Na wschodzie wyłaniały się szerokie i długie wzniesienia Magury Spiskiej. Tuż, w tym kierunku gdzie Magura Spiska kończyła się, pokazały się białe ściany Trzech Koron, otoczone niższymi szczytami Pienin. Jeszcze bliżej, na wschodzie, była Cisłowa Skałka, w prostej linii od niej Przełom Białki, dalej jeszcze Dursztyńskie Skalice, razem z Hombarkiem i Złatnem. W bok ku północy znów rozłożysty Turbacz z Gorcami zamykał szerokie Podhale. Cisza panowała naokoło, tylko dzwoneczek śpizocek przy chomącie cieniutko odzwaniał, postępował koń, lub posuwając się z sankami wywoływał harmonijne skrzypienie śniegu. Od czasu do czasu słychać było głos ujka: Wio! Noze! Rusoj sie! Wiśta! Hejta! Pomału! Drindoj! E. drindojze! Z lasów chłopi wracali wioząc trómy, zachęcając swe koniki do należytego ciągnienia. Z góry wskakiwali na trómy, do góry zeskakiwali i szli przy gnatkach, a uważali na to przede wszystkim, aby włóki nie zeszły z drogi. Narobiyłoby się kwasu z wyciónganiem smreka na droge, a z ładuwaniem na sonki, nie ino kwasu, ale uciekłoby kupa casu. Mijały nas też kumoterki, czy piękne góralskie, rzeźbione i malowane, sanki; kumoterki były mniej wywrotne, bo były bez siedzeń; siedziało się na dnie sań, a dno było bliżej ziemi. Z tyłu na płozach była przymocowana ławeczka, na której furman stał i tak przenosił swój ciężar, aby równowagę kumoterek utrzymać i nie pozwolić, by się wywaliły. W pięknych sankach góralskich przewożono gości. Turliki z daleka dawały znać o wesołym towarzystwie, mijali nas, tylko figlarne turlikanie dłuższą chwilę pozostawało z nami. Powoli zmierzch osiadł na ziemi. Tatry kryły się, kolor ich szarzał, stawały się jedną ciemną masą. Przy wjazdach do wsi jarzyły się okna, a lampki mrugały po nas swoim światłem. Tak dojeżdżaliśmy na oborę ujkową. Wyskakiwałem z sanek i prędko do domu, gdzie nie było końca powitaniom. Rodzeństwo, sąsiedzi, rówieśnicy - wszystko pchało się do mnie, wszystko się śmiało, wszystko gadało. Matka i Ojciec z daleka mnie obserwowali. Ojciec był jakiś bledszy, smutniejszy. Po wsi szła pogłoska, że Jónek od Cułego przijechoł! Z każdym się radośnie witałem. Odwiedzałem księdza, krzesnaka, krzesnómatke, zapominałem i zapominałem o szkołach i brałem żywy udział we wszystkich obrzędach, jakie Jurgów w związku z Godami obchodził.

Ze smutnymi myślami powracałem po świętach do Krakowa. W przeddzień mojego wyjazdu odwiedzałem sąsiadów, rodzinę i zawsze otrzymywałem od nich datek w pieniądzach. Przypominało mi to po latach dawnych żaczków, którzy z garnuszkiem do dobrych mieszczan chodzili po strawę. Powrót mój nie był już taki radosny jak przyjazd, bo rodzice przeprowadzili wywiad, czy ktoś nie jedzie do Nowego Targu, jadących upraszano o zabranie mnie razem z pakunkami do miasta. Po przyjeździe do Krakowa dopiero sobie zdałem sprawę co pozostawiłem za sobą. Znowu szereg nocy nie przespanych, znowu serce się ściskało, znowu szalona tęsknota, ale to przeżywałem sam, nie dzieliłem się tym z rodzicami w listach. A w dalszej kolei zajmowałem się nauką, przejmowałem się zabawami, walczyłem z własnymi kłopotami. Z domem były nieprzerwane korespondencje, przed Wielkanocą przychodził list, w którym proszono mnie, abym pozostał na święta wielkanocne w Krakowie, bo nie ma pieniędzy na jazdę do Jurgowa. Pozostawałem w Zakładzie. Podczas świąt wielkanocnych wszelkie trzcinki zniknęły. Zmieniał się humor ks. dyrektora, brata Juliana, brata Ludwika i służby. Jakaś rodzinna następowała atmosfera, na każdym kroku starała się starszyzna, aby nam zastąpić Ojca i Matkę i całą rodzinę. Były zajęcia, ale nie szkolne. Raczej śpiewaliśmy patriotyczne pieśni. Ks. dyrektor dbał o to, abyśmy mieli więcej wolnego czasu na zabawy, na wycieczki, gdy był piękny dzień. W Zakładzie też była biblioteka dla młodzieży, tośmy z niej korzystali. W Wielki Piątek odwiedzaliśmy groby po kościołach. Nie grupowo, pojedynczo. W Wielką Sobotę kilku kolegów udawało się do cukierni Piaseckiego albo z bratem Julianem albo z bratem Ludwikiem. Tam nasz Zakład obdarowywano różnymi łakociami. Były też odpady, które przy wyrobach cukierniczych powstawały, bo nie mogły iść do handlu, przydzielano je nam. Nakupiono wędlin, jajek, refektarz ustrojono, napieczono ciast, a na święcone schodziliśmy się razem. Dary Boże zostały najpierw poświęcone, a potem dzieliliśmy się jajkiem z ks. dyrektorem, braćmi, służbą i kolegami. Najwięcej uśmiechały się do nas te dary, które były z cukierni Piaseckiego. Pierwszy raz przepędziłem święta poza domem. A choć nie było to tak jak w Jurgowie, to jednak było dobrze, bo znowu rozszerzył się krąg mojej świadomości.

Ukończyłem trzecią klasę szkoły normalnej z dobrym postępem. Moi opiekunowie, ks. dyrektor Rzymełko i pan Leon Szkocki, postanowili skierować mnie do gimnazjum. Aby tego jednak dokonać, muszę przerobić jeszcze czwartą klasę szkoły normalnej. Opiekunowie postanowili dać mi korepetytora, który przez wakacje miał mnie przygotować do zdawania egzaminu z czwartej klasy, a gdyby poszło dobrze, mogłem być przyjęty do pierwszej klasy gimnazjalnej. Z końcem roku szkolnego pojechałem do domu. Po tygodniu otrzymali rodzice list od ks. Rzymełki, abym natychmiast powrócił do Krakowa. List doręczył mój katecheta, ks. Morejko. Pojechałem natychmiast, dopiero na miejscu wyjaśniła się przyczyna mojego nagłego powrotu do Krakowa.

10 lipca 1910 roku odbywała się 500 rocznica zwycięstwa nad Krzyżakami pod Grunwaldem. Kraków zmienił zupełnie szatę, ustroił się w chorągwie, chorągiewki, dywany, kwiaty, obrazy. Plac Matejki był ośrodkiem, gdzie gromadziły się delegacje z kraju i zza granicy, gdzie rozpoczynały się uroczystości, gdzie też odbywała się defilada rozradowanych uczestników wielkiej rocznicy pokonania krzyżackiej przemocy. Tam też, na środku placu Matejki stał zakryty pomnik Władysława Jagiełły, wysoki ponad trzypiętrowe kamienice. Na samym szczycie pomnika Władysław Jagiełło spoglądał na leżącą postać wielkiego mistrza krzyżackiego. Z jednej strony Witold wsparty na mieczu, z innej młodzi rycerze rzucali do stóp króla zdobyte sztandary, dalej Litwin odziany w skóry, dmiący na rogu i prowadzący spętanego Krzyżaka. Na tę uroczystość przybyli nie tylko ze wszystkich zaborów, ale z całego świata najwybitniejsi Polacy. Rozpoczęły się przemówienia, a przy odsłoniętym pomniku wiwatowano nie tylko po polsku, lecz w językach krajów, z których przybyto. Obserwowałem przez cały czas Madziarów. Była ich duża grupa, byli w strojach dawnej szlachty węgierskiej; jakoś nie mogłem oczu od ich postaci oderwać, a uszu ich od mowy. Nawet im z daleka towarzyszyłem, lecz porwały mnie swoją barwnością stroje ludności wiejskiej. Zobaczyłem i zapamiętałem między innymi Krakowiaków i górali. Toczyła się duża armata przystrojona kwiatami, ciągniona przez młodych racławian, jechała też i kawaleria polska. Było wiele, wiele niespodzianek, które długim zębem czasu zostały wyrugowane z mojej pamięci. Jeszcze dzisiaj wzruszam się jak sobie przypomnę tę uroczystość, bo widzę przepiękny, słoneczny dzień, rozradowane, w strojach ludowych, tłumy i tę potężną manifestację. W drugim dniu zawołał mię ks. dyrektor i pyta się, jak mi się to podobało? Kiedy mu opowiedziałem o wszystkim, wyczułem, że po to mię ściągnął do Krakowa wcześniej, abym mógł zobaczyć ten wspaniały obchód. W tym też dniu pojechałem do Czernej.

W Czernej za Krzeszowicami miał nasz Zakład filię, w której te dzieci, które nie miały rodziców i nie wyjeżdżały na wakacje, były na letnisku. Okolica bardzo piękna, wieś zasadzona drzewami owocowymi, środkiem wsi płynął potok, obszar ról i pól otoczony wielkim liściastym lasem. Wśród tego lasu był klasztor. Mury klasztorne obejmowały nie tylko klasztor, lecz i wszystko to, co do klasztoru należało. Tam właśnie opadały ściany Wyżyny Małopolskiej w Rów Krzeszowicki. Urozmaicone były więc dolinki, którymi płynęły potoki. Codziennie urządzano wycieczki albo pod opieką brata Juliana, albo brata Michała. Przypominam sobie kamienny "most diabelski", nazywany tak przez miejscowy lud. Nad potokiem głęboko wciętym w ziemię wymurowano duży łuk z kamieni i po nim kiedyś przeprowadzono drogę. Most ten już się rozlatywał, niektóre kamienie z łuku powypadały, już po nim wozy nie jeździły. Nowa droga omijała niebezpieczny most. Po zniszczonym moście przechodzili tylko piesi, ale bardzo rzadko. Czy diabelski most istnieje dzisiaj jeszcze? Nie wiem. W sąsiedztwie było Dubie. Co za przepiękne otoczenie! Bielą się wapienne skałki, czysta, przezroczysta, nieskalana, kryniczna i szumiąca woda ze sztucznymi, dobrze utrzymanymi stawami, z orzeźwiającym powietrzem. To wszystko wywoływało niespodziewane wrażenie na wycieczkowiczu. W późniejszych czasach, ile razy znalazłem się w Dubiu, wzruszałem się i przez długi czas wracałem myślą do odczutego piękna. W sąsiedztwie Czernej były jeszcze Krzeszowice z magnackim pałacem, parkiem z bardzo starymi drzewami i źródłami mineralnymi. Tam właśnie, w Czernej, przerabiałem pod kierunkiem starszego studenta gimnazjalnego, jak mi się zdaje Kuczyńskiego, język niemiecki, język polski i matematykę. Robiłem szybkie postępy, bo oprócz lekcji brałem udział we wszystkich wycieczkach, zabawach, kąpieliskach, jakie urządzano dla wszystkich. Tuż pod Zakładem za drogą zrobiliśmy na potoku próg, podnieśliśmy wysoko poziom wody, tam też bardzo często kąpaliśmy się. Tam nauczyłem się najprostszego pływania. Wkradłem się w łaski do kuchni, ofiarowałem swoje usługi. Mleko pobieraliśmy u jednego gospodarza w górnej części wsi. Tak zawsze zgrabnie narzuciłem się, że stale chodziłem po mleko. Mnie jednak nie o mleko chodziło, lecz o owoce, które były po drodze. W Jurgowie zupełnie nie sadzili drzew owocowych. Tylko ksiądz miał kilka jabłoni, ale jabłka z nich nie były dostępne dla nas. U organisty tak samo: znalazły się w kilku miejscach dziczki, ale owoce na nich nigdy nie dojrzały, bo jeszcze były tak małe, jak średnie orzechy, a już były zrywane, jak nie udało się we dnie, to w nocy robiono na nie wyprawy, nie tylko małe dzieci, ale też dorośli, nawet dwudziestoletni. Przy takim eksploatowaniu więcej było połamanych gałęzi, drzewa te wyciągały suchotnicze konary, marnie ginęły. Nie pomogły kary, nie pomogły sądy. Ogrodnictwo przed pierwszą wojną w Jurgowie zupełnie nie istniało. Było już takie powiedzenie: Tu jest za zimno, jabłoń w takiej ziemi nie be rosła. Spragniony owoców nosiłem mleko, ale po drodze zawsze skrycie starałem się jeszcze i o narwanie owocu, którym uzupełniałem pożywienie. Dojrzałych jabłek, gruszek jeszcze nie było, ale niektóre gruszki wyśmienicie smakowały. Nikt nas nie dopadł na gorącym uczynku, a może i widziano nas, lecz gospodarze nie reagowali na te występki. Zdobyty owoc chowaliśmy za koszule, tak obładowani powracaliśmy z mlekiem. Niektórzy koledzy czekali na nas, bo zwykle dzieliliśmy się zdobyczą.

Skończyły się wakacje, wraz z kilku kolegami zostałem zaprowadzony do gimnazjum św. Jacka, gdzie odbywał się wstępny egzamin do pierwszej klasy gimnazjalnej. Może to w życiu moim był najspokojniejszy egzamin. Zdałem go z taką jakąś pewnością siebie, a naprawdę - pewnie tam było dobre serce ks. Rzymełki, który czuwał nade mną. Stałem się studentem. Ponieważ do gimnazjum Św. Jacka bardzo dużo młodzieży zapisało się, wpisano mnie do filii gimnazjum św. Jacka na ulicy Starowiślnej. W gimnazjum obowiązywały przepisy w umundurowaniu. Kupiono mi czapkę, bluzkę, płaszcz, a później pelerynę. Czapka była wysoka, ze znaczkiem "G" i daszkiem, bluzka miała kołnierzyk stojący, a na nim paski o odcieniu srebrnym od pierwszej do czwartej klasy, a złotym od piątej do ósmej. Przyjechałem na ferie świąteczne do Jurgowa, paradowałem w czapce, bluzce o jednym srebrnym pasku, a ludzie mówili: patrzojcie, to od Cułego studant. Wbijało mnie to w dumę, że już jestem studantem. Nie miałem dużych strapień w pierwszej klasie. To mnie tylko męczyło, że nie operowałem językiem literackim; powiedzenie jakiegoś słowa spiskiego natychmiast wywoływało reakcję w całej klasie, wolałem takich słów nie wypowiadać, przemilczeć, i dlatego miałem z przyrody niedostateczny . A przecież przyrodę znałem lepiej niż wszyscy inni, bo wyrosłem na wsi, obserwowałem dokładnie, co się koło mnie działo. Uczyłem się z taką ochotą, że i przyroda nie robiła mi trudności. Pierwsza klasa była już za mną. Z profesorów przypominam sobie prof. Kuliga, prof. Studzińskiego, prof. Matejkę, prof. Ćwiklińskiego, dyr. Mazanowskiego.

Pierwsza klasa została już za mną. Druga była dla mnie najłatwiejsza. Trochę przeszkadzała mi chyba geometria, pamiętam, że z tego przedmiotu, podczas roku szkolnego, robiłem poprawkę.

Zauważyłem, że wśród nowych profesorów znajduje się nasz jurgowski studant - artysta malarz Marcin Samlicki. Obserwowałem go, chodziłem za nim, ale mnie nie poznał. Dopiero po napisaniu listu do domu i otrzymaniu odpowiedzi, abym się mu przypomniał, odważnie podszedłem doń i opowiedziałem skąd pochodzę i jak się nazywam. Serdecznie mnie powitał, wypytywał o wszystko, co się w Jurgowie dzieje. prosił też, aby się doń zgłosić gdy będę miał jakieś kłopoty. I tak przeszło aż do połowy czerwca.

Jan Pluciński

 

SŁOWNIK

wyrazów i określeń gwarowych spiskich oraz obcych użytych w tekście

az ajto - (węg.) to drzwi

az asztal - (węg.) to stół

az pad - (węg.) to ławka

az szek - (węg.) to krzesło

Brzegórz - Grzegorz

burzyłem - dobijałem się, pukałem mocno do drzwi

brzuk - brzuch

chlewicek - chlewik

chyba - błąd

ciuciu - (w mowie dziecinnej) cukier

cupieć - kucać

cysarka - droga państwowa

Dicsőrteség a Jezus Kristus - (węg.) Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus

dołek - piwniczka

drindoj - rozkaz dla konia: Pędź!

drzwiérze - drzwi

drzwiérka - drzwiczki

duhk - duch

dziadek - drąg z kłębem starych szmat

dzisiok - dzisiaj

egzamint - egzamin

frajerka, frejerka - narzeczona

framuga - wnęka w piecu

ftóry - który

gatki, gacięta - kalesonki

gnatki - przednia część roboczych sanek

gnojowisko - miejsce na gnój

Goje - kamienie nad Białką, porośnięte wikliną i olszyną

grabiska - uchwyt przy grabiach

grafika - rysik z łupku

grajcorz - cent, 2 halerze

grostuch - płachta kwadratowa z wiązaniami

groty - stare ubranie

grulane gałuski - ziemniaczane kluski

grule, grulecki, grulki - ziemniaki, ziemniaczki

grzychy - grzechy

Hameryka, Hamaryka - Ameryka

hej! - tak!

hejta! - rozkaz dla konia, aby skręcał w prawo

izbecka - kuchnia, czarna izba, izdebka

jarcany - jęczmienny

jarzec - jęczmień

Jednota - Jedność, Zjednoczenie - tytuł słowackiego czasopisma

Jónek, Jónuś - Janek

kartunecka - spódniczka

katanka - bluzka

Ki az - (węg.) Co to?

kiecka - pompon

koch - komin

kohutki - ozdoba na spodniach spiskich

kieloz - ile

kołcóny- sukienne obuwie

kosołka - koszałka

kraj - brzeg

Krestian - (słow.) tytuł czasopisma słowackiego

Krzesnanek - chrzestny ojciec

krzesnómatka - chrzestna matka

kumora - komora, spiżarnia

kulasa - gęsta sapka z mąki żytniej lub jęczmiennej

kumin - komin

kumoterki - sanki bez siedzeń

kupna katanka - zakupiona bluzka

kurniawa - zamieszanie przy bójce

kwas - nieporozumienie, waśnie, nieład

lić - powódź

moskol - placek z ziemniaków i mąki, pieczony na blasze

nadudać - narobić do spodni

na izbie - na strychu

Naša Zastava - (słow.) tytuł czasopisma

naszli - znaleźli

nolepa - przypiecek

noska - nóżka

na noskak - na nóżkach

notar - notariusz

obłapić - objąć

odziónek - ubranie

onycka - onuca

orszacki - (węg.) kierownik powiatu

otawa - drugi pokos

ozpiąć - rozpiąć

papierzane gałuski - za karę pozostać w klasie - po nauce

Pest - Budapeszt

piekarnik - piec do wypieku

pipcyć - marnie gotować

pieruny - pioruny

płanetnicy - istoty na poły demoniczne, zamieszkujące chmury, sprowadzające na ziemię ulewny deszcz, powódź i grad

pockoj! - zaczekaj!

Pochvalen Pan Ježiš Kristus! - (słow.) Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

pokusenie - pokuszenie

podlizywac - pochlebca

podpiecek - miejsce pod piecem dla drobiu

podwicie kartunki - podgięcie sukienki, aby nie zawadzała

pofsedni - powszedni

pojadym - pojadę

poły - część kręgosłupa w okolicy miednicy

portecki - spodenki spiskie z grubego owczego sukna

posek - pasek

posproscóm - wybiję

pościel - łóżko

pościółka - skrzynka do spania wsuwana pod łóżko

potócek - potok

powrózek - sznurek

Przedmagórze - część Spisza leżąca na południe od Magury

prynć, pryncicek - pręt wiklinowy

przypór - rozporek

psiora - psia trawa, Nardus stricta

pudzies - pójdziesz

róm - półka

ruła - rura

rozcapierzona - rozkroczona

Bomai katolikus nép iskola - (węg.) Rzymskokatolicka ludowa szkoła

scelina - polanko, drewienko

schifkarta - bilet na przejazd okrętem

skole - kamienie

smerek - świerk

sopa - szopa

Spolka svateho Wojtecha - (słow.) Spółdzielnia świętego Wojciecha

spólnik - sąsiad

sprzyncka - sprzączka

spuscać się - zjeżdżać z górki, z dachu w zimie na sankach, lub bez sanek

spyrka - słonina

stolicka - ława

studanci - studenci

stforzyć - stworzyć

śpizocek - dzwonek zrobiony ze spiżu lub mosiądzu

ślabikorz - elementarz

śparchet - kuchenny piec z blachami

tanitó úr - (węg.) pan nauczyciel

tatiček - (czeskie) ojczulek

tracić - gubić

trómy - grube pale drzewne

trzpień - język przy sprzączce

tulejka - piórnik drzewny

turliki - kuliste dzwoneczki przy uprzęży końskiej

ujek - wujek

učitel - nauczyciel

Werunka - Weronka

Wmiejca - W Imię Ojca

wielka izba - biała izba gościnna

winuwaty - winowajca

wio! - rozkaz dla koni, aby ruszyły z miejsca, lub przyśpieszyły

wiśta! - rozkaz dla koni, aby skręciły w lewo

włóki - tylna część sań roboczych

wycubrzyć - wyszarpać za włosy

wywalić - wywrócić

wywiedło - oszukało

wyzka - wyżka, utajony schowek nad komorą

zarozicek - zaraz

zbiórki - żniwa, kopanie

zbocyć - przypomnieć sobie

zbytki - żarty, figle, psikusy

zmocać - zmoczyć

zyrdka - żerdź

żabica - kamień

Život Pana Ježiša Krista - (słow.) Żywot Pana Jezusa Chrystusa

Jan Pluciński

 

 


strona jest częścią serwisu Tatry, Spisz i Podhale